Kategorie
Książki

Szczęśliwi biegają ultra – recenzja książki Magdy i Krzyśka Dołęgowskich

No i mamy pierwszą recenzję książki na blogu. Aaa, i to jakiej cudnej! Jej lektura była dla mnie czystą przyjemnością.

Pozwoliłem sobie skrócić nieco (w tytule wpisu) pełną nazwę / tytuł, a brzmi ona:

  • tytuł: Szczęśliwi biegają ultra;
  • podtytuł: Jak przebiec 100 km w jeden dzień, koić ból śpiewem i postawić pasję ponad dom i kredyt;
  • autorzy: Magdalena Ostrowska – Dołęgowska i Krzysztof Dołęgowski.

Książka ma około 300 stron (plus sporo zdjęć), ale czyta się ją błyskawicznie.

Ciężko w paru słowach opowiedzieć o tym dziele, gdyż dzieje się w nim naprawdę sporo. Trzeba przyznać, że jest to pozycja głównie dla osób, które biegają. Niekoniecznie ultra długie dystanse; po prostu biegają, choćby kilka kilometrów dla relaksu. Ciężko jest mi wyobrazić sobie kogoś, kto w ogóle nie biega i przeczyta „szczęśliwych” od deski do deski. Ta książka jest jak esencja, istota biegania. Głównie w wersji ultra.

Magda i Krzysiek piszą na zmianę. Mamy zatem ciekawe połączenie dwóch perspektyw. Nie są to zbyt różne punkty widzenia, bo ewidentnie ta para biegowa i na trasie, i w życiu stanowi wręcz jedność. Oczami „mocarza” (jak nazywa Krzyśka Magda) i „beksy” (wybacz Magdo, ale co chwilę płaczesz :-)) oglądamy przepiękne miejsca na Ziemi. Aż chce się po lekturze spakować plecak i pojechać po biegową przygodę.

„Szczęśliwi biegają ultra” to po części biografia Magdy i Krzyśka, po części recenzja mnóstwa biegów ultra (w Polsce i na świecie), po części podręcznik biegacza, a nawet rzut oka na życiorysy innych ultra-wariatów. Taka niezwykła mieszanka daje ciekawy efekt: z jednej strony jest może wrażenie pewnego chaosu i skakania po tematach, z drugiej zaś – jest to po prostu wciągające i nienużące. Warto dodać, że Magda i Krzysiek piszą bardzo fajnym językiem, używają nietuzinkowych porównań – dobrze się to czyta.

Autorzy mają duże doświadczenie w biegach długodystansowych i świetne wyniki. Mają także duży dystans do siebie, co bardzo istotne. Nie da się ukryć, że są nieco szaleni. Niektóre wyczyny wręcz jeżą włosy na głowie. Do tej pory myślałem, że biegi w terenie staną się z czasem moją ulubioną formą przebierania nogami (obecnie biegam głównie po twardych nawierzchniach, nad czym ubolewam). Po lekturze książki nabrałem jednak wątpliwości. Dlaczego? Chodzi o trudności terenowe: nierówne nawierzchnie, śliskie skały i kamienie, karkołomne zbiegi, czasem wręcz niebezpieczne strome podejścia. A mój ideał trasy (tak myślę) to szuter lub ubita ziemia, czyli zwykła ścieżka leśna. Magdalena i Krzysztof lubują się w ekstremalnych wyczynach – zarówno jeśli chodzi o dystanse, jak i o ukształtowanie terenu. Od opisu niektórych karkołomnych zbiegów prawie bolały mnie kolana…

Paweł Krzyworączka po lekturze książki o bieganiu

Państwo Dołęgowscy mają bardzo dużą wiedzę na temat biegania, odżywiania i innych zagadnień związanych z tym pięknym sportem. Krzysiek w pewnym miejscu wali prawdziwy wykład o biegowych laczkach; Magda z kolei raczy czytelnika smakowitymi kąskami (dosłownie).

Co jest najfajniejszego w tej książce? Dla mnie – opisy przygód biegowych. Czyta się je z zapartym tchem. Choć zakładam, że część opisów Magda i Krzysiek znają z… opowieści osób postronnych, bo czasami byli na granicy jawy i snu, majaczyli, po prostu: byli ledwo żywi. Więc pewnie niewiele z tych momentów pamiętają.

Lektura „poradnika dla wariatów” uświadamia, że bieganie ultra nie jest dla każdego. Powód jest prozaiczny: takie hobby zajmuje mnóstwo czasu i trzeba dla niego wiele rzeczy poświęcić. Nasi bohaterowie na razie nie mają potomstwa i sami o sobie mówią, że są trochę jak duże dzieci. Jest to na pewno fajne, takie ciągłe gonienie za przygodą i wyzwaniami. Powtórzę: nie dla wszystkich.

Nie każdemu udaje się zresztą zostać etatowym ultrasem, o czym także wspominają autorzy. Część kończy karierę z powodu kontuzji, niektórzy wypalają się. A jeszcze inni przestają wygrywać i powoli odpuszczają.

Dlaczego ludzie w ogóle uprawiają takie wariackie biegi? To trudne pytanie, na które nie ma jednej prostej odpowiedzi. W zasadzie każdy biegacz ma swoje uzasadnienie. Dla przeciętnego przebieracza nogami 5, 10 kilometrów, a czasami półmaraton (21,097 km), to „zdrowe” dystanse. Sam do nich należę. Maraton to już duży wyczyn, bardzo wyczerpujący. Wiele osób traktuje go jako pewnego rodzaju wyzwanie, a jego ukończenie – jako sukces życiowy. Biegi ultra to te dłuższe od maratonu. Często o wiele dłuższe, bo mówimy tu także o biegach na 100 km lub 100 mil (ponad 160 km), a niekiedy zwariowanych eskapadach trwających wiele dni i ciągnących się przez setki kilometrów. Wiele z tych wypraw nie odbywa się w ciągłym biegu: są przerwy na posiłek, załatwienie potrzeby, bywają stromizny pokonywane marszem, a nawet wspinaczki. No i nawierzchnia bywa bardzo urozmaicona.

Myślę, że głównym powodem biegania ultramaratonów jest chęć pokazania, na co nas stać. Osiągnięcia czegoś, co było dane nielicznym, a czasami nikomu. Poczucia się wyjątkowym. Ale nie tylko. Bieganie potrafi uszczęśliwiać. Można wysnuć tezę, że ultra długie bieganie uszczęśliwia odpowiednio mocniej, choć… pewnie nie zawsze.

Moim marzeniem jest bieganie ultra, choć na tę chwilę myślę raczej o dystansach rzędu 50 km i stosunkowo łatwym terenie. Podejrzewam jednak, że może mnie to wciągnąć i rozsądek przegra tę walkę. Zobaczymy.

Podsumowując: książkę zdecydowanie polecam. Jest świetna. Mam nadzieję, że kiedyś dane będzie mi poznać autorów osobiście. O bieganiu z nimi nie marzę, bo za wysokie progi dla mnie. Choć kto tam wie, co życie przyniesie…

Autor: Paweł Krzyworączka

Jestem właścicielem bloga krzyworaczka.pl.
Lubię sport. Więcej o mnie znajdziesz tutaj: krzyworaczka.pl/o-mnie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *