Kategorie
Filmy

„The Grey Man” („Szary człowiek”) – drewniana twarz nieśmiertelnego agenta

Netflix obecnie ma sporą konkurencję. Platformy VOD walczą o klientów. Kiedyś był Netflix i długo, długo nic. Teraz wiele osób opłaca tę platformę tylko co jakiś czas, by obejrzeć ciągiem to, co się „nazbiera”. Inni w ogóle zapominają o Netfliksie, bo wolą HBO Max, Amazon Prime Video czy Disney+. Zresztą na tle innych platform „N” jest po prostu drogi. W efekcie wiele od nich wymagamy – być może więcej niż od innych. A co dostajemy? Niestety generalnie coraz gorsze filmy i seriale, w których możemy zawsze liczyć na poprawność polityczną, ale nie zawsze na dobre kino.

„The Grey Man” i wielkie nadzieje Netfliksa

Film miał stać się silnikiem napędowym platformy. Do tego stopnia w niego uwierzono, że już zaplanowano kolejne części, a nawet serial. Czy to oby nie przedwczesna radość i otwieranie szampana?

„Szary człowiek” to typowy film akcji. Niestety nie ma w nim absolutnie nic innowacyjnego czy zaskakującego. Fabuła jest tak prosta i przewidywalna, że w zasadzie od początku wiadomo, jak się wszystko skończy.

Dialogi? Nijakie, bez polotu, dosłownie kilka fajnych zdań na cały film.

Aktorstwo? Chris Evans jako Lloyd Hansen wypadł świetnie, naprawdę dobra rola. Julia Butters w roli Claire także bardzo przekonująca – zapowiada się świetna, może kiedyś Oscarowa aktorka. Ana de Armas (jako Dani Miranda) i Billy Bob Thornton (jako Fitzroy) także w porządku. Jednak główny bohater – „Szóstka” – grany przez Ryana Goslinga to jakaś masakra. Koleś ma twarz z kamienia. Nie ważne, czy właśnie dostał w ryj, czy prawie umiera od postrzału, albo rozmawia z dzieckiem – wyraz twarzy ma taki sam, czyli nijaki, bez emocji. Gdyby grał „Terminatora”, to można by mu wybaczyć, ale tutaj… no po prostu nie można na niego patrzeć. Uważam, że w dużej mierze to jego aktorstwo zepsuło ten film.

Wkurzająca jest nieśmiertelność głównego bohatera i całkowity brak realizmu. W jednej scenie niemal umiera, wykrwawia się, a za chwilę jest w szczycie formy. No bez przesady.

Jedna zaleta

Czy „The Grey Man” nie ma zalet? Owszem, ma. Są nią niezłe sceny akcji, w tym jedna zasługująca na wspomnienie, czyli „akcja z tramwajem”. Poniekąd jest to coś innowacyjnego i nowego, bo autobusy widziałem w filmach parę razy, często pociąg, setki razy auta, ale tramwaj – chyba pierwszy raz. Za to brawo.

„Szary człowiek” to przeciętny film akcji. Kilka fajnych scen nie robi z niego dobrego filmu. Oczywiście od biedy można go obejrzeć, choć nieco bardziej wymagający widzowie będą najpewniej zawiedzeni i uznają to za stratę czasu.

Krótko: odradzam seans. Chyba że już „wszystko” obejrzałeś i się nudzisz, to możesz zalukać. Choć ja na Twoim miejscu obejrzałbym w takiej sytuacji jakiś klasyk – choćby „Mission: Impossible” z Tomem Cruisem – to jest dopiero świetne szpiegowskie kino akcji.

Autor: Paweł Krzyworączka

Jestem właścicielem bloga krzyworaczka.pl.
Lubię sport. Więcej o mnie znajdziesz tutaj: krzyworaczka.pl/o-mnie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *